20160204

and if i let myself go, i'm the only one to blame

                Gdy ponownie otworzył oczy, nie zobaczył już ani drzew, ani pomarańczowego nieba. Szkoda, bo bardzo podobało mu się ta barwa, której nigdy wcześniej nie widział. Otaczały go głównie jakieś dziwne rośliny, nieprzypominające w niczym tych, które widywał w parkach, czy w ogrodach – były ciemnoniebieskie, momentami z przebarwieniami na purpurę lub któryś odcień intensywnego bordowego. W poniektórych miejscach, widział również niewielkie kwiatki koloru ciemnozielonego, które to się otwierały, to zamykały, gdy przelatywało przy nich coś, co w jego mniemaniu mogło być rodzajem ważki. Wszystko to było niezwykle wysokie: nie widział niczego poza tym wielkim, chabrowym murem.

                Poruszył się nieznacznie, przechylając głowę na bok. Wysoka, gęsta trawa połaskotała go w prawą część twarzy, wywołując niezbyt przyjemne uczucie, jakby coś włochatego dotykało jego policzka. 

 


                Wszystko, co było w zasięgu jego wzroku, miało ciemną barwę – począwszy na wyżej opisanych już roślinach, a kończąc na motylach, które latały w powietrzu.

                Było w nich coś niepokojącego – i już nie chodziło o to, że miały tylko jedno skrzydło, którego nawet nie używały. Chodziło raczej o to, że wpatrywały się w niego zupełnie czarnymi oczami wielkości małych bursztynów.

                Podparł się na łokciach, by spojrzeć dalej. Za sobą widział nieskończony tunel, który wywołał w jego żołądku nieprzyjemny ścisk. Czuł się zupełnie jakby wpadł do studni, której wylot zablokowano ciemnoniebieskim szlachetnym kamieniem, a wszystko to w świetle dziennym, by promienie słońca, zdeformowane przez kolor klejnotu tworzyły iluzję nieskończonej nocy, a woda, która odbijała to wszystko, tylko dopełniała ponurą atmosferę.

3 komentarze: