Gdy ponownie otworzył
oczy, nie zobaczył już ani drzew, ani pomarańczowego nieba. Szkoda, bo bardzo
podobało mu się ta barwa, której nigdy wcześniej nie widział. Otaczały go
głównie jakieś dziwne rośliny, nieprzypominające w niczym tych, które widywał w
parkach, czy w ogrodach – były ciemnoniebieskie, momentami z przebarwieniami na
purpurę lub któryś odcień intensywnego bordowego. W poniektórych miejscach,
widział również niewielkie kwiatki koloru ciemnozielonego, które to się
otwierały, to zamykały, gdy przelatywało przy nich coś, co w jego mniemaniu
mogło być rodzajem ważki. Wszystko to było niezwykle wysokie: nie widział
niczego poza tym wielkim, chabrowym murem.
Poruszył
się nieznacznie, przechylając głowę na bok. Wysoka, gęsta trawa połaskotała go
w prawą część twarzy, wywołując niezbyt przyjemne uczucie, jakby coś włochatego
dotykało jego policzka.

Wszystko,
co było w zasięgu jego wzroku, miało ciemną barwę – począwszy na wyżej
opisanych już roślinach, a kończąc na motylach, które latały w powietrzu.
Było w nich coś niepokojącego – i już nie chodziło o to, że miały tylko jedno skrzydło, którego nawet nie używały. Chodziło raczej o to, że wpatrywały się w niego zupełnie czarnymi oczami wielkości małych bursztynów.
Podparł
się na łokciach, by spojrzeć dalej. Za sobą widział nieskończony tunel, który
wywołał w jego żołądku nieprzyjemny ścisk. Czuł się zupełnie jakby wpadł do
studni, której wylot zablokowano ciemnoniebieskim szlachetnym kamieniem, a
wszystko to w świetle dziennym, by promienie słońca, zdeformowane przez kolor
klejnotu tworzyły iluzję nieskończonej nocy, a woda, która odbijała to
wszystko, tylko dopełniała ponurą atmosferę.
give me therapy
OdpowiedzUsuńi'm a walking travesty
Usuńbut i'm smiling at everything
Usuń